
Dlaczego większość stron psychoterapeutów brzmi tak samo i przez to niczym się nie wyróżnia
Szukając terapeuty możemy zauważyć jedną rzecz – ostrożność i zachowawczość w prezentowaniu swojej oferty. Ten brak odwagi znika w gabinecie, ale pojawia się na stronie internetowej. Dlaczego tak się dzieje?
Spis treści
Strona psychoterapeuty to nie formularz ubezpieczeniowy
Im głębiej pracuje się z człowiekiem, im bardziej praca dotyczy spraw nieuchwytnych i subtelnych, tym bardziej strona internetowa nie powinna brzmieć szablonowo. Większość stron gabinetów psychoterapeutycznych wygląda jednak podobnie.
Przykłady:
„Oferuję wsparcie w procesie zmiany.”
„Pomagamy w trudnych momentach.”
„Tworzymy bezpieczną przestrzeń.”
Wszystkie te zdania są prawdą. Jednak podobna informacja nie niesie dla odbiorcy niczego spersonalizowanego. Po przeczytaniu takich słów, w głowie pozostaje jedynie pustka.
Jeśli „Tworzymy bezpieczną przestrzeń”, musimy pokazać dla kogo, w jakiej sytuacji i co to realnie zmienia.
Komunikacja, która nikogo nie dotyka
Powyższe twierdzenia nie oznaczają z automatu, że wszyscy terapeuci są tacy sami i że nie ma większego znaczenia do kogo się trafi. W swojej pracy specjaliści w naturalny sposób różnią się wrażliwością, inaczej widzą swojego pacjenta, inaczej też będą rozumieć to, co pojawi się na sesji. Wszystko to jednak odbywa się już na etapie spotkania. Zanim jednak do niego dojdzie, widzimy jedynie to, co komunikuje nam strona internetowa, czyli brak konkretów. Strony psychoterapeutów brzmią podobnie, bo są pisane językiem ostrożności, a nie językiem kontaktu.
Komunikacja zbudowana w ten sposób, żeby nikogo nie wykluczyć, nikogo nie dotknąć, by być dla wszystkich, jest w oczywisty sposób informacją dla nikogo w szczególności i przez to nie generuje decyzji. I tak gabinet psychoterapeutyczny mówi nam o zrozumieniu, wsparciu, procesie, zmianie, równowadze. Niczego nie da się tu podważyć, wspaniale, tyle, że niczego z tego nie da się też zapamiętać.
Bezpieczny typ komunikacji nie tylko nie konkretyzuje odbiorcy, nie pokazuje perspektywy, ale też nie ujawnia człowieka po drugiej stronie. W efekcie pacjent widząc podobną ofertę, widzi jedno: „To specjalista jeden z wielu, ale niekoniecznie od razu dla mnie”.
Co się właściwie dzieje po drugiej stronie ekranu
Osoba, która trafia na stronę terapeuty, nie szuka usługi, nie porównuje ofert jak przy wyborze mechanika. Szuka czegoś, przy czym zatrzyma się i pomyśli: „O, ktoś potrafi nazwać to, co się ze mną dzieje. To może być o mnie”. I w tym momencie odrzuca inne propozycje. W końcu nasz odbiorca jest szczególnego typu klientem, którego problem nie ma charakteru wyłącznie użytkowego.
Dlatego najskuteczniejsze zdanie na stronie terapeuty nie powinno opisywać wcale metod pracy, tylko moment, w którym ktoś podejmuje decyzję o szukaniu pomocy. Powinno nawiązywać do doświadczeń kogoś, kto być może jeszcze nie wie jakiej pomocy potrzebuje i kto nie potrafi tego wypowiedzieć na głos.
Różnica pomiędzy:„Pomagam w radzeniu sobie z trudnościami” a „Pracuję często z osobami, które długo próbują dawać sobie radę, aż w pewnym momencie przestaje to wystarczać, mimo że na zewnątrz wszystko wygląda w porządku”, to nie jest kwestia semantycznej estetyki. To kwestia konkretu. A dokładniej tego, że ktoś poczuje, że jest widziany i rozumiany już przy pierwszym kontakcie. Pierwsze opisuje tylko usługę, drugie zaś doświadczenie odbiorcy.
Większość stron mówi o tym, co robi terapeuta. Prawie żadna nie pokazuje jak myśli. A to dopiero wzmacnia tożsamość, akcentuje indywidualne podejście i w efekcie buduje zaufanie.
Konkretna optyka działa lepiej niż cały akapit ogólników. Wskazuje bowiem na sposób widzenia człowieka, poziom refleksji, a także sygnalizuje wstępnie zaangażowanie i kierunek pracy.
Skąd się bierze ta bezpieczna nijakość
Każda branża rządzi się swoimi zasadami. W przypadku terapeutów etyka zawodowa, swego rodzaju ostrożność w eksponowaniu siebie czy niechęć do nachalnej autopromocji są barierami w swobodnej komunikacji. Im więcej potencjalnych odbiorców bierzemy pod uwagę, tym mniej konkretu w języku. To nie jest wybór estetyczny, tylko obawa przed wykluczeniem. To zrozumiałe.
Jest jednak coś, co można zaobserwować przy pracy z ludźmi, którzy zajmują się zawodowo pomocą innym. Kiedy zapytamy terapeutów o czym faktycznie jest mowa w gabinecie, jak wchodzą w relację z pacjentem, jakie pytania zadają, co widzą zanim pacjent sam to zauważy, to rozmowy nagle stają się bardziej konkretne i obrazowe. Bo tam właśnie mamy do czynienia z autentycznym kontaktem z człowiekiem.
A potem zerkamy na stronę internetową i… tam tego wszystkiego brak. Komunikacja zostaje zastąpiona językiem, który niczego nie ryzykuje. I przez to nie jest ani wiarygodny, ani skuteczny.
.
Przykłady i kwestia decyzji
Bezpieczny język być może nikogo nie odstraszy, ale też nikogo raczej nie przyciągnie. Nie zbuduje błędnych oczekiwań, głównie dlatego, że… nie zbuduje żadnych.
Zamiast pisać:
„Tworzymy przestrzeń do rozwoju osobistego i pracy nad sobą.”
możemy zapytać pacjenta wprost:
„Czy masz poczucie, że ciągle „dajesz radę”, ale sprawia Ci to coraz więcej wysiłku?”
„Czy łapiesz się na tym, że znowu jesteś w tym samym miejscu, mimo że próbowałeś postępować inaczej?”
To nie są pytania kierowane do każdego. Trafią do kogoś, kto nie zobaczy jedynie oferty terapeutycznej, tylko pomyśli „O, to jest o mnie”. To jest zasadnicza różnica między stroną, która jedynie informuje, a stroną, która od razu nawiązuje kontakt.
Czy można coś na to wszystko poradzić?
Zacznijmy od rzeczy, o której się nie mówi wprost: większość terapeutów doskonale zdaje sobie sprawę z powyższych problemów. I to jest właśnie najbardziej nieoczywisty element tej układanki. Terapeuta nie potrzebuje lekcji konkretności, gdyż ćwiczy ją codziennie w gabinecie w każdym pytaniu, które zadaje i w każdym zdaniu, które pomaga pacjentowi nazwać to, czego on sam nie potrafi wypowiedzieć.
Mimo to, siadając przed ekranem, włącza tryb bezpieczny i instytucjonalny. Jakby strona internetowa rządziła się zupełnie innymi prawami niż rozmowa z człowiekiem. Dzieje się tak często dlatego, że pisząc, wyobraża sobie wszystkich jednocześnie, czyli potencjalnie każdą osobę, która może trafić na jego stronę w trudnym dla siebie momencie. I właśnie ta troska, paradoksalnie, sprawia, że komunikat w efekcie nie trafia do nikogo.
Człowiek, który czyta ogólnikową stronę, nie myśli: „Ta strona jest słaba”. Myśli: „Widocznie mój problem nie jest dość poważny, żeby o nim napisać. Nie jestem w dobrym miejscu”. I rezygnuje. To jest koszt komunikacyjnej ostrożności, którego nikt głośno nie liczy.
Nawet jeśli gabinet jest pełny, istotna jest różnica, której nie zobaczymy w statystykach. Ktoś, kto trafia do terapeuty przez zdanie, które do niego dotarło, przychodzi z innym nastawieniem, przychodzi z poczuciem, że jest we właściwym miejscu. A to z kolei nie jest bez znaczenia dla samej pracy terapeutycznej.
Komunikacja na stronie ostatecznie decyduje więc o tym, czy na terapię trafia osoba, która od początku czuje, że jest w odpowiednim dla siebie miejscu, która z większą gotowością wchodzi w pracę.
Właśnie ten moment pomiędzy sformowaniem komunikatu a podjęciem decyzji jest przestrzenią, w której pracujemy z markami.
O języku Amytak
Jako Amytak pracujemy przede wszystkim z markami, które stawiają człowieka w centrum uwagi. Wśród naszych klientów są nie tylko psychoterapeuci czy psychologowie, ale m.in. także trenerzy personalni, coachowie, twórcy, edukatorzy, artyści czy marki osobiste.
W pracy interesuje nas najbardziej ludzka sfera komunikacji oraz granica między tym, co trudno nazwać, a tym, co tej precyzji szczególnie wymaga. Takich treści nie da się wygenerować automatycznie. Pochodzą one z bezpośredniego kontaktu, z rozmowy, z obserwacji, powstają z niuansów, których nie powinno się pominąć.
Autor
marcin
Już od ponad 25 lat pracuje w sprzedaży, w tym 8 lat w agencjach marketingowych. Doskonale wie, jak sprzedać słowem ideę lub usługę. To też kreatywny artysta, którego wnikliwe teksty są okraszone filozoficzną nutką.
